Laurka czy upamiętnienie? ''Bohemian Rhapsody'' (2018)

listopada 08, 2018


Czasem tak mam, że lubię obejrzeć wielkie dzieło, które zapowiada się genialnie i wszyscy na nie czekają. Nawet wtedy, gdy tematyka jest mocno nie moja i teoretycznie wcale nie powinno mi się spieszyć na taki film. Tak też było w tym przypadku, bo idąc na Bohemian Rhapsody znałam We Are The Champions ze stadionu i Radio Ga Ga z radia (o ironio, zabawnie). Nigdy nie byłam wielką fanką Freddiego i Queen zwyczajnie dlatego, że na świecie jest dużo zespołów i jakoś zabrakło mi czasu na zgłębienie twórczości tego konkretnego. Ale teraz będę zgłębiać, bo kurczę, podoba mi się!

MERCURY? KOJARZĘ GOŚCIA

Zanim mnie zlinczujesz za kilometrową ignorancję powiem tak - u mnie w domu zawsze leciał polski punk, disco polo i Myslovitz. Nie Aerosmith, nie David Bowie i nie klasyka rocka. Queen też nie, więc musiałam sobie sama poszukać, że tacy artyści istnieją. W wieku prawie 22 lat jestem w stanie powiedzieć, że większość już znam, ale pewnie nadal nie są to wszyscy. Więc dziękuję Bryanie Singerze-reżyserze (jaki ładny rym!), że dzięki Twojemu filmowi bliżej poznałam kolejnego artystę. W końcu lepiej późno, niż wcale, prawda? A Freddie w sumie ładnie grał, więc tym bardziej się cieszę.

LAURKA CZY UPAMIĘTNIENIE?

Porzucając dywagacje o muzyce z dzieciństwa i przechodząc do filmu - na Filmwebie trwa wojna. Wśród moich znajomych trwa wojna i na świecie również. Więksi i mniejsi fani biją się postać o Freddiego i ukazanie jej w filmie. Upamiętnienie czy laurka? Heteroseksualny czy gej? Dobry czy zły? Wszyscy jednak zapomnieli o tym, że produkcja nie jest samym wokaliście, a o zespole. Nawet sam Mercury w filmie przyznał, że cała grupa powinna być traktowana równo i nikt nie jest w niej frontmanem. Skąd więc wojna? A stąd, że rzekomo wiele faktów przemilczano lub przekoloryzowano. Zacznijmy od tego, że zawarcie w filmie calutkiego życia zespołu uczyniłoby go dziełem długości Potopu. Więc coś trzeba było wyciąć, nie ma siły inaczej.

Osobiście nie mam pojęcia, kto i dlaczego tutaj wpadł na, w tym kontekście pejoratywne, określenie laurka. Z tego co rozumiem, ma ono oznaczać film obrazujący tylko i wyłącznie dobre cechy bohatera. Jaki to on nie jest szlachetny, hojny, kochany i piękny. Tymczasem filmowy Freddie Mercury przez połowę filmu wzbudza zwyczajną niechęć swoim zachowaniem. Świadomie obraża członków zespołu, umniejsza zasługom rzekomych przyjaciół i zwalnia pracowników za choć jedno złe słowo. Wyrzeka się własnej rodziny, jest w stanie sprzedać duszę za kilka tysięcy funtów (a może dolców?) i można przytoczyć jeszcze kilka równie patologicznych zachowań. Więc określenia laurka bym się jednak wystrzegała. Upamiętnienie brzmi jednak w porządku - bohater został ukazany wraz ze swoimi wadami i słabościami, czyli całkiem sprawiedliwie. Chwila... jaki bohater? Przecież to film o zespole!

ZE STRONY TECHNICZNEJ

Czyli moja ulubiona część recenzowania czegokolwiek, oczywiście od razu po głębokich dyskusjach filozoficzno-etycznych. Zacznę od tego, że cała fabuła była w sensownej chronologii. Mieliśmy znaczniki czasu i miejsca. Pominięto też wszelkie retrospekcje, co bardzo szanuję, bo po godzinie 22:00 bywają nieźle irytujące. Zwłaszcza gdy nie do końca ogarnia się tematykę. Ruch kamery był dość zwyczajny, ale za zbędnym wydziwianiem też nie przepadam. Na pewno wiesz o tym, że w XXI wieku nadal mamy produkcje nagrane krzywo, prawda? Miło, że sceny koncertowe nie wyglądały jak Taconafide na Snapchacie. A udźwiękowienie? Było bardzo dobre, bo w końcu byłam w kinie. Nie wiem jednak, jak takie oglądanie wypadłoby w domu. Pewnie niczym Avatar w 2D oglądany na siedmiocalowym tablecie, bo cały klimat koncertów kij by strzelił.

Podsumowując, film był dobry. Na tyle, że wystawiłam 8/10 z serduszkiem. Znaczek miłości oczywiście dlatego, że teraz uważam Queen za fajny zespół. Rami Malek w roli Freddiego dał radę i na pewno był lepszym pomysłem niż planowane obsadzenie w tej roli Sachy Barona Cohena. Który zwyczajnie byłby za stary na granie dwudziestolatka. A wczoraj znajomy mnie zapytał, czy warto nagrywać hollywoodzkie biografie. Jeśli mają być tak dobre jak Bohemian Rhapsody to jak najbardziej.

/ MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE (I NIE TYLKO)/

- Grafikę pożyczyłam z Forces Network [link].
- Nie zawsze kulturalne dyskusje o filmie czytałam na forum Filmwebu [link].
- Soundtracku z filmu możesz posłuchać na Spotify [link].
- A mało ważne rzeczy o Fredzie czytałam na Wikipedii [link]. To moje ulubione źródło wiedzy, bez kitu.

Przeczytaj również

0 komentarze